Szczaw kojarzy mi się z ciepłą wiosną i swojskimi smakami. Myślę jednak o szczawiu świeżym, zerwanym z ogródka, a nie takim kupionym w słoiczku. Bardzo lubię zupę szczawiową, jednak przygotowywaną właśnie z takiego świeżego i pachnącego. Kiedy dostałam od koleżanki torbę szczawiu, młodziutkiego, o delikatnych listkach, to aż mi ślinka leciała na myśl o pysznej zupie. Tym razem ugotowałam ją trochę inaczej niż zwykle, bo na maśle. Było znacznie szybciej niż na mięsie, a zapach masła unosił się w całej kuchni.
Składniki:
4 spore garście szczawiu – objętościowo wyszło mniej więcej 2/3 foliowej torby “jednorazówki”
3 średnie marchewki
2 średnie pietruszki
ćwierć niewielkiego selera
1/2 małego pora
około 2 – 2,5 litra wody
pół kostki masła
sól, pieprz
1 łyżeczka cukru
cebula
młode ziemniaki
kwaśna, gęsta śmietana
Marchew, pietruszkę i seler obrać i pokroić w kostkę, słupki lub plasterki. Pora pokroić w półplasterki.
W garnku stopić 2/3 masła, poddusić na nim warzywa. Zalać je wodą i ugotować do miękkości. Kiedy warzywa będą miękkie, dodać opłukany szczaw – przy dużych listkach można je najpierw przesiekać. Gotować na niewielkim ogniu przez kilka minut. Pod koniec dodać cukier, sól i świeżo zmielony pieprz.
Kiedy zupa będzie gotowa można w niej ugotować jajko. Ja “nie bawię się” z nim, po prostu rozbijam skorupkę i wlewam jajko do zupy. Zmniejszam ogień i delikatnie gotuję je przez kilka minut.
Młode ziemniaki wyszorować lub oskrobać. Ugotować do miękkości w osolonej wodzie.
Cebulę pokroić w kostkę i podsmażyć na reszcie masła. Ugotowane ziemniaczki okrasić cebulką – podać na osobnym talerzyku.
Do zupy można dodać śmietany, ja podaję ją osobno i każdy nakłada tyle, ile lubi.
Zupa gotuje się naprawdę szybko, gdyż nie trzeba czekać na ugotowanie się mięsa czy porcji rosołowych. Wiem, że dla zwolenników dodatków typu wegeta czy kostki rosołowe taka zupa będzie po prostu mdła. Sama kiedyś używałam takich przypraw i wiem, że po ich odstawieniu jedzenie wydaje się pozbawione smaku, nijakie i mdłe. Uwierzcie jednak, że bardzo szybko łapiemy się na tym, że proste potrawy smakują tak, jak za czasów dzieciństwa. Nasz smak wyostrza się i ani się spostrzeżemy, żadne “dopalacze” nie są nam potrzebne.