Dzieci w restauracjach – lubimy to?

Dzisiejszym wpisem zapewne narażę się niektórym. Nie da się jednak w nieskończoność przechodzić obok tego obojętnie. I w sumie jak ktoś się obrazi, poczuje urażony, to chyba pora, żeby przyjrzał się swojemu postępowaniu… Ale do rzeczy.





Byliśmy niedawno w restauracji, dość popularnej i obleganej z powodu dobrego jedzenia. Podczas oczekiwania na zamówienie (około 40 minut) mieliśmy okazję być świadkami mało fajnych zachowań dzieci i ich rodziców. Jedno z dzieci (na oko 3-letnia dziewczynka) biegało po całej sali. Między stolikami, zaglądając innym gościom do talerzy, poszturchując. Co jakiś czas za dziewczynką biegł tatuś z…widelcem, a na widelcu kęs jedzenia. Tatuś karmił dziecko “w locie”. Również przy okazji przeszkadzając innym. To średniej jakości atrakcja, kiedy ktoś co chwilę cię poszturchuje, kiedy za plecami przebiega ci brzdąc, a za brzdącem tatuś z obłędem w oczach błagający, żeby dziecko coś raczyło zjeść. 

Inna sytuacja. Również restauracja, młodzi ludzie z niemowlakiem. W pewnym momencie mamusia rozbiera malucha i zmienia mu pieluchę. Przy stoliku, racząc obficie wszystkich dookoła zapachem i widokiem mało adekwatnym do miejsca. Tego chyba komentować nie trzeba?

Pomijam już hałas, jaki robią niektóre dzieci, bo do tego można się przyzwyczaić. Do slalomów nie przyzwyczaję się, do zapachu zużytych pieluch również. Chcę zjeść w spokoju i czuć zapach tego, co mam na talerzu. Gdybym miała chęć na jedzenie w biegu i w falującym tłumie, to zrobiłabym sobie kanapkę i wsiadła do środka komunikacji publicznej w godzinie szczytu. Gdybym była wielbicielką jedzenia w toalecie, rozsiadałabym się własnie tam.

Przypominają mi się podobne sytuacje opisywane przez media i napiętnowani ci, którym się to nie podobało. Mogę do tych napiętnowanych dołączyć, nie stanowi to dla mnie problemu. Też miałam małe dzieci, też bywałam z nimi w miejscach publicznych, ale takich atrakcji nie fundowałam ludziom dookoła. Czasy inne? Nie wydaje mi się. Standardy dobrych manier są ponadczasowe i nie można tłumaczyć takich rzeczy zmieniającymi się obyczajami.
Kilka miesięcy temu była nagonka na pewną restauratorkę, która zaprotestowała przeciwko takim sytuacjom. Odsądzono ją od czci i wiary, stała się wrogiem publicznym numer jeden. Szkoda tylko, że biorąc w tak żarliwą obronę krzyczące czy niefajnie pachnące dzieci, nikt z tych ludzi nie zastanowił się nad wygodą i komfortem innych gości. Kult matki Polki przeraża mnie czasami. Rozwydrzone bachory nazywamy bezstresowo wychowywanymi dziećmi, bez ograniczeń, które mogą tłumić ich rozwój. Tak łatwo jest znaleźć wytłumaczenie i usprawiedliwienie dla braku ogłady…

Temat w zasadzie jest dość rozległy. Ja zawęziłam go dość mocno, ale można w nieskończoność podawać przykłady niesfornych dzieci i to nie tylko w restauracjach. Rodzice nie zastanawiają się nad tym, że tak ukształtowane dzieci wyrastają najczęściej na chamskich dorosłych, na egoistów i egocentryków. A tacy ludzie nie są lubiani przez swoje otoczenie. Nie umieją nawiązywać przyjaźni czy choćby bliższych relacji. Pozwalając dziecku na wszystko krzywdzimy je. I niestety zrozumiemy to kiedy oni będą dorośli. A wtedy będzie za późno na korekty. Dziecko to nie jest tekst w wordzie, który można poprawić, czy wymazać i napisać od początku. Jeśli oczekujesz szacunku i zrozumienia od innych, najpierw sam swojemu otoczeniu zaoferuj je. 



Ciekawa jestem Waszych opinii…i ciekawa jestem, czy mnie również medialnie zlinczujecie.

Podobne wpisy